|
Biblia a sprawa morska
Ktoś, kto życie na statkach rybackich zna z krwistych morskich opowiadań, zdziwiłby się, wizytując którąkolwiek z kabin załogi na jakimkolwiek trawlerze. Otóż praktycznie w każdej z nich na honorowym miejscu, na stoliku pod bulajem leżała książka. Ba... nie byle jaka, w każdej kabinie na poczesnym miejscu spoczywała... Biblia. Tak powszechna jej obecność wśród rybackich załóg była wynikiem pracy misji różnych wyznań w zagranicznych portach, do których zawijały nasze trawlery. W każdym z nich, od Lerwick na Wyspach Owczch po Falklandy, czy porty Argentyny i Chile, dość szybko po rzuceniu kotwicy czy cum na polery, przy trapie pojawiał się misjonarz- ksiądz lub pastor. A nawet jeśli nie, to na stoliku wachtowego natychmiast pojawiała się informacja o imprezach w pobliskiej misji Stella Maris, z bardzo dokładnym planem wskazującym drogę. W Kapsztadzie misja ulokowana była na terenie portu tuż przed bramą wyjściową. Można było tam wstąpić w każdej chwili. Zawsze witał nas szeroko uśmiechnięty pastor, który próbował wciągnąć nas w niewątpliwie zajmującą rozmowę o urokach życia w bojaźni bożej. Zwykle jednak zważywszy cel w jakim wychodziliśmy do miasta, a zwłaszcza stan w jakim wracaliśmy na statek, rozmowa kończyła się szybko wręczeniem biblii i błogosławieństwem wygłoszonym w rytmie zamaszyście nakreślanego krzyża, jakby wyganiającego szatana z naszych zbłąkanych duszyczek. W tymże Kapsztadzie odwiedzał nasz statek ksiądz katolicki, którego imienia już nie pamiętam, jednak jego postaci nie sposób zapomnieć, niewysoki, korpulentny, z szeroką sympatycznie uśmiechniętą twarzą. Podjeżdżał pod burtę hałaśliwym, strzelającym z rury wydechowej, zdezelowanym busikiem VW, tzw “ogórkiem”. Wpadał na statek- mimo niewielkiego wzrostu i podeszłego wieku- niczym wulkan. Zwykle skrzykiwał grupkę chętnych, którą zabierał na zapierająca dech wycieczkę w góry, lub na Przylądek Dobrej Nadziei. Ksiądz ów, rosyjskiego pochodzenia, miał bardzo ciekawą przeszłość. Otóż urodził się na Syberii, w jakiejś wiosce nad Irtyszem, na początku ubiegłego wieku. Kiedy krasnoarmiejcy “wyzwalali” od “białej zarazy” syberyjskie chutory, robili to dość radykalnie otaczając znienacka wieś i wycinając całą ludność. Nasz ksiądz, wówczas siedmioletni chłopiec, przeżył taką operację ukryty w nadrzecznych krzakach. Szczęściem w pobliżu był klasztor polskich zakonnic Urszulanek, one to przyjęły go pod dach, wykształciły i wysłały do Rzymu na studia. Stamtąd został wysłany do pracy misyjnej w swiat. Takim to sposobem mieliśmy szczęście uczestniczyć we mszy na naszym statku odprawianej w polskim języku. A msza to była niezwykła, choćby z tego względu, że na komunistycznym terytorium! Co prawda kapitan nie miał odwagi zejść do messy (w końcu każdy wiedział, że wśród załogi jest przynajmniej 2 agentów GPK czy SB), ale oficerowie stawili się w komplecie, nie mówiąc o rybakach. Księżulek przywdział swoją nieco zmiętą sutannę, rozdał przybrudzone kartki z tekstami pieśni i zaintonował pierwszą z nich. Po statku gruchnęło ... “Boże coś Polskę...” oczywiście mało składnie, ale za to głośno. Niejednemu z nas zaszkliło się oko, a marynarski, zdarty w portowych knajpach głos zadrżał... Księżulo podskakiwał, wymachiwał rękami ganiąc jednych, chwaląc drugich, po pewnym czasie udało nam się jakoś zestroić i dalej poszło już całkiem nieźle. Po mszy siedliśmy na wspominki i pogaduszki przy herbacie, ochmistrz wyciągnął ciasteczka i wówczas to dowiedzieliśmy się o niezwykłych losach naszego duszpasterza... Księżulek na zakończenie zapytał kiedy wychodzimy w morze, gdy usłyszał że pewnie w poniedziałek z portu Stary nie wyjdzie, bo to wróży pecha, aż podskoczył. -Widzicie!
Komuchy, ateiści, w Boga
nie wierzą, a takie bzdury, zabobony traktują poważnie! Co to
jest za ateizm, toż to ciemnota, ta cała ich komuna, oni wszyscy
tacy! Tak, to była pamiętna niedziela... Kiedy wychodziliśmy w morze, miejscowe dziewczyny, które licznie nas odwiedzały, w niektórych kabinach wręcz mieszkały przez cały postój, niechętnie ale jednak opuściły statek. Raptem na kei zrobiło się cicho i pusto. Kiedy spadły ostatnie cumy, nagle pod statek zajechał z hukiem, dymiąc obficie z wydechu tak dobrze już nam znany “ogórek”, ksiądz pośpiesznie wyskoczył na nabrzeże i machając wzniesionymi w górę ramionami żegnał nas, wykrzykując błogosławieństwa i życzenia bezpiecznego powrotu równie żywiołowo, jak prowadził wcześniej na pokładzie dysputy... -Widzicie- wyrwało mi się do stojących obok kolegów- wasze dziewuchy zniknęły, ale ksiądz jest! I na kogo na prawdę można liczyć...? Żegnaliśmy naszego kapłana równie serdecznie jak on nas, nie wiedzieliśmy jeszcze, że byliśmy ostatnią polską jednostką rybacką jaka cumowała w tym porcie. Po pięciu miesiącach połowów u brzegów Namibii, otrzymaliśmy polecenie przeprowadzenia statku na drugą stronę Atlantyku do Montevideo w Urugwaju. Tutaj co prawda do misji był kawałek drogi, ale chodziliśmy doń chętnie, bo był tam tani sklepik z codziennie potrzebnymi drobiazgami, od nici, przez kartki pocztowe po tytoń do fajki i różnego rodzaju pamiątki. Można było spokojnie wypić piwo, pogadać ze znajomymi z innych statków, napisać do domu, czy obejrzeć wieczorem jakiś film. Raz w tygodniu opiekujący się misją ksiądz organizował potańcówki dla marynarzy z panienkami z miejscowej pensji. Wszystko jednak odbywało się pod czujnym okiem ich rodziców. Jeszcze innego rodzaju działalność misyjną prowadzili pastorzy w Vancouver, którzy przyjeżdżali pod statek olbrzymim szkolnym autobusem zabierając wszystkich chętnych na wycieczki w okoliczne góry, a wieczorami do swojej misji w North Vancouver, gdzie czekały na nas domowego wypieku ciasteczka, herbata, i stoły bilardowe. Rzeczywiście dzięki nim spędziłem tam kilka całkiem przyzwoitych wieczorów. Można było stamtąd zabrać stare roczniki National Geographic, co sprawiało nam nie lada frajdę później, w morzu, kiedy już wszystko co było zabrane z kraju zostało przeczytane. Oczywiście w każdej misji na pożegnanie obowiązkowym podarunkiem była Biblia. No i stąd właśnie jej poczesne miejsce praktycznie we wszystkich rybackich kabinach... Post scriptum Od Macieja Krzeptowskiego dowiedziałem się, że ksiądz z Kapsztadu nazywał się Walentin Tanajew i że niestety zginął w wypadku samochodowym. A oto niezwykłe zdjęcie ukazujące tego niewielkiego a Wielkiego kapelana portu Kapsztad, na którymś z trawlerów rybackich. (Msza odprawiana na pokładzie trałowym) |
Autor nieznany, własność Macieja
Krzeptowskiego. |
| W.S. |