|
Pamięci Karola Borhardta
Jasiu Waligóra
...dwaj niebiescy wpadli do baru i nuż pałować kolegów Waligóry. Ten stanął w ich obronie i wyrzucił obu panów przez okno na ulice razem z futryną...
Chyba
każdy kto interesuje się życiem
na morzu miał w ręku choćby jedną książkę Karola Borhardta, Ku mojemu zaskoczeniu, kapitan prowadzący zwiad rybacki na „Gople” , Andrzej Kłokocki był jego uczniem. Czasami, podczas długich przelotów, przy dobrej pogodzie udawało nam się „naciągnąć” go na jakąś opowieść z okresu Gdyńskiej PSM-ki. Oczywiście nie zabrakło tu opowieści o głośnym już wydarzeniu, kiedy to kpt. Karol Borchardt z cała powagą założył się z klasą, że jeśli jeden z uczniów, nie mający podstawowych zdolności (zwykły tuman!) do nawigacji, zda ten przedmiot, kapitan wykładowca wejdzie do klasy na rękach i zaklaszcze stopami. Jako rzekłem historia jest znana, więc nie będę tu powtarzał jej opisu. Powiem tylko, że tarzaliśmy się po mostku ze śmiechu kiedy Kłokocki malowniczo opowiadał, jak to Borchardt klaskał tymi swoimi kajakami stojąc na rękach. Inna opowieść dotyczyła zgoła nieznanego wydarzenia, przynajmniej ja się nań nie natknąłem. W klasie Kłokockiego był uczeń niepospolitych rozmiarów i siły waligóry, przy czym chłopak był potulny, spokojny, zupełnie niekonfliktowy. Pochodził gdzieś ze wschodu, toteż mówił śpiewnie zaciągając, a na imię miał Jasiu. Wszyscy go bardzo lubili, a on się odwdzięczał pełnym oddaniem, nie raz nadstawiając karku za swoich chłopaków podczas ulicznych bijatyk. Któregoś razu czterech klasowych zadziorów poszło do miasta na piwo. Wzięli ze sobą Jasia. Jako że młode to było, a zapalczywe, głowy piwa niezwyczajne za bardzo, toteż szybko doszło do awantury z miejscowymi. Od słowa do słowa, od popchnięcia do popchnięcia, rozgorzała regularna bitwa. Obsługa wezwała patrol Milicji Obywatelskiej, dwaj niebiescy wpadli do baru i nuż pałować kolegów waligóry. Ten stanął w ich obronie i wyrzucił obu panów przez okno na ulice razem z futryną. Po jakimś czasie przyjechały nyskami znaczne siły milicyjne, chłopaki musieli ulec przewadze przeciwnika i dali się zapakować do suki, która zwiozła ich na dołek. Dopiero wtedy rozpętała się prawdziwa awantura. Oczywiście interwencja w szkole, włączyły się władze miasta, żądając relegowania z uczelni rozrabiaczy, przecież podnieśli rękę na milicjantów na służbie!!! Ze strony szkoły jako wychowawca obwiesi, w negocjacjach brał udział Borchardt. Trwały one długo. Uczniowie w grobowej ciszy codziennie wpatrywali się w twarz wchodzącego do sali wykładowej Borchardta. Wszyscy przeżywali całą sytuacje bardzo. Już po jego sposobie wkraczania na salę wykładową klasa wyciągała wnioski jak się rzeczy mają. A doniesienia zrazu wręcz tragiczne. Kapitan Wychowawca relacjonował je swoim tubalnym, teraz bardzo smutnym głosem klasie. - Powiesić chłopaków mi chcą!- Gmiał zdenerwowany. -Sąd, relegowanie ze szkoły, surowe wyroki dla wszystkich! Potem coraz bardziej budzące nadzieję: -Sąd, wyroki w zawieszeniu relegowanie ze szkoły. W końcu Wychowawca któregoś razu wkroczył na salę żwawiej i z głębokim westchnieniem oświadczył: -To już koniec negocjacji, więcej się nie da zrobić! Czwórka nie bijąca się z milicją, zawieszenie bez sądu, Waligóra musi być relegowany ze szkoły.- Po czym po chwili milczenia dodał swoim tubalnym głosem- A szkoda, jakaż barwna by to była postać! W.S. Sporo informacji o śp. Kapitanie można znaleźć na stronie http://www.borchardt.pl/ |
| home home old |