Panamski


„O qrwa, co ja teraz z tymi j...mi butami zrobię!”


Główna część zwiadu kalmarowego miała objąć północno środkową część Pacyfiku. Wiązało się to z przeprowadzeniem „Gopła” przez Kanał Panamski. Statek został przygotowany do tego wydarzenia jeszcze w stoczni szczecińskiej, gdzie zamontowano mu na dziobie i rufie potężne polery cumownicze, zwane przez nas „panamami”. Załoga natomiast wskutek „doniesień rybackiego wywiadu” na temat „co w Panamie biorą” zaopatrywała się od dłuższego czasu w... sandały. Wskutek czego w województwie (wówczas jeszcze) szczecińskim i ościennych trudno było uświadczyć letniego obuwia. Za to statek był zaopatrzony w nie, jakby czekał nas spacer w sandałach wokół globu.

Przelot do Panamy odbył się bez problemów, nie licząc przygody z brazylijskim drobnicowcem (jakieś 50 tys BRT), który już w Zatoce Meksykańskiej pruł kursem zderzeniowym i mimo naszego pierwszeństwa (nadpływał z lewej burty) mimo nawoływań na UKF ani myślał ustąpić. Zwyciężyło prawo silniejszego i zrobiliśmy rundkę, żeby nie władować się pod potężny dziób rozpędzonej góry stali. Przy okazji naszła mnie refleksja- jakie to jest niesamowite, że mimo olbrzymiego akwenu zupełnie różnych prędkości, oddalenia od uczęszczanych dróg morskich, dwie jednostki trafiają precyzyjnie na siebie. Nic dziwnego, że doświadczeni żeglarze zawsze biorą pod uwagę niespodziewane tet a tet, niezależnie od miejsca w jakim ich jednostka się znajduje...

Kiedy już znaleźliśmy się na wodach Limon Bay, zajęliśmy kolejkę w oczekiwaniu na wejście do pierwszej śluzy kanału. Gorącą i parną atmosferę podgrzewały jeszcze emocje związane z oczekiwanymi atrakcjami handlowymi... Wejście do pierwszej śluzy Gatun odbyło się bardzo sprawnie. Ekipa panamskich cumowników błyskawicznie przechwyciła cumy łączące statek z lokomotywkami (zwanymi tu mułami), które wciągnęły nas do wnętrza pierwszej śluzy. Potężne wrota zamknęły się i statek powędrował na wzbierającej w śluzie wodzie ku górze i tak jeszcze dwa razy (Gatun to trzy śluzy jedna nad drugą). Natychmiast też nawiązały się stosunki handlowe pomiędzy oczekującymi na końcowe manewry cumownikami a załogą. Niestety okazało się, że nasz „wywiad” jak większość poważnych służb tego typu nie spisał się. Sandały NIE SZŁY! To był cios, który trzeba było jednak znieść z godnością... (w niejednej głowie kołatała się rozpaczliwa myśl- „o qrwa, co ja teraz z tymi j...mi butami zrobię!”

Po pokonaniu trzech śluz w zapadającym już zmierzchu wpłynęliśmy na Gatun Lake by późną nocą przepłynąć najwęższym odcinkiem kanału (tzw. Gallard Cut) do Miraflores. To było doznanie warte wszystkich pełnych duchoty, nieprzespanych tropikalnych nocy. Statek sunął cicho przez tętniącą nocnym życiem dżunglę, pełna odgłosów cykad, małp, ptactwa i czego tam jeszcze, zlewających się w niesamowitą tropikalna symfonię. Wzdłuż brzegów kanału, po obu stronach zainstalowano silne lampy, których światło tworzyło zupełnie niesamowita scenerię... Tak, to było warte zapamiętania...

W.S.
home
home old