|
W
pogoni za kalmarem
Dopłynęliśmy
na
łowisko w nocy, naszym oczom ukazał się widok zapierający dech w
piersi. Jak okiem sięgnąć statki z zapalonymi milionami
watów,
emitującymi w atramentową przestrzeń miliardy luxów białego
w różnych odcieniach światła
Połowy kalmarów stały sią ważną alternatywą dla
kurczącego się dostępu do łowisk tradycyjnych. W latach
siedemdziesiątych mieliśmy potężną flotę dalekomorską,
natomiast już wtedy rabunkowe połowy na wielu wydawałoby się
niewyczerpalnych łowiskach, doprowadziły do wyniszczenia podstawowych
stad ryb.
Państwa mające dostęp do grabionych łowisk doprowadziły do utworzenia
przez nie tzw. stref ekonomicznych, obejmujących najbogatsze leżące na
przybrzeżnych wodach szelfowych łowiska. Zostały one zamknięte dla
obcych flot, albo
ustalono w nich drastycznie małe i drogie kwoty połowowe. Dlatego
właśnie część naszych trawlerów, głównie tych
starych, o małych zdolnościach połowowych trałem, przezbrojono.
Były to przede wszystkim B-20, z serii tzw.
„jeziorek”
noszących
nazwy znanych polskich jezior, jak „Mamry”.
„Miedwie”,
„Morskie Oko” i inne. Statki te miały tradycyjny
kształt
kadłuba, właściwy dla trawlerów burtowych, poławiających
wówczas ma Morzu Północnym. Miały doskonale
wyprofilowany kadłub z wznoszącym się pokładem ku dziobowi i
zabudowanym dekiem, chroniącym ludzi pracujących na pokładzie
przed falą. Nadbudówki posadowione w części rufowej
pozostawiały wolną przestrzeń roboczą w ponad połowie długości
statku. Ta konstrukcja znakomicie nadawała się do zaadoptowania
B-20 do połowów metodą stosowaną przez
Japończyków,
na tzw. jiggersy. Metoda owa znana w Japonii od wieków,
opiera
się na wykorzystaniu znajomości biologii kalmara. Jako
rasowe drapieżniki, kalmary polują nocą ławicami, podążają do
światła, skupiają się na jego brzegach, ale w strefie cienia i
czatują na pojawiające się ofiary.
Gdy w ich polu widzenia (a wzrok mają doskonały) pojawi się
potencjalna zdobycz, drapieżniki rzucają się nań gwałtownymi
skokami. Kiedy obserwuje się oświetloną pod statkiem toń, widać
jedynie przemykające we wszystkich kierunkach brunatne błyskawice.
Tak szybko się poruszają, że oko nie jest w stanie rozpoznać
kształtu drapieżcy.
Japończycy
od
wieków poławiali na przybrzeżnych wodach na jigi, wypływali
w nocy łodziami na morze z pochodniami zapalonymi na ich dziobach.
Zwabione światłem głowonogi łowili na przemyślnie rzeźbione z
drewna i innych materiałów przynęty w kształcie rybek.
Miały one różne zdobienia, piórka itd., ale
uzbrojone
były także w haczyki, często cały wianuszek. Przynęta taka
opuszczana i podnoszona szarpiącym ruchem wyzwalała w mięczakach
odruch ataku, który kończył się dla nich nieprzyjemną
niespodzianką. Japończycy, naród pomysłowy, szybko
wymyślili windę, początkowo ręczną, zbudowaną z kołowrotu ze
szpulą o przekroju elipsoidalnym, która powodowała podczas
jednolitej pracy kołowrotu, ruch szarpiący wciąganej wędy.
Wówczas to wymyślono wędy, w których na jednej
żyłce
nawleczono kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt przynęt w
różnych
odległościach od siebie, jedna nad drugą. Pomysł ten szybko
podchwycili rybacy oceaniczni. Ewoluował on aż do stanu, w
którym
nasza flota przyjęła go na własne pokłady.
„Jeziorka”
uzbrojono w girlandy świetlne wiszące nad pokładem wzdłuż burt
statku, każda składała się z kilkudziesięciu specjalnych lamp o
mocy 2-4 KW każda. Na burtach ustawiono windy, które jednak
znakomicie różniły się od opisywanych wyżej, choć idea
pozostała ta sama. Silnik elektryczny windy kalmarowej poruszał
wystającą z obu stron urządzenia oś na której zamontowano
dwie eliptyczne szpule. Na każdej z nich nawinięta została gruba
żyłka z zamocowanymi na niej tzw. jiggersami, przynętami z
różnego
koloru tworzywa, zaopatrzonymi w podwójny wieniec
haczyków.
Winda posiadała automat, który sterował szybkością i
głębokością opuszczania, oraz wyciągania węd kalmarowych.
Największe
dostępne dla nas skupiska kalmarów były w okolicach Wysp
Falklandzkich. Tam też operowała większość statków naszej
floty, tak trawlerów jak i jiggersowców.
Lubiliśmy
rejsy
na jigi, ponieważ statki płynęły ze Świnoujścia na sezon
kalmarowy i wracały z tą samą załogą. W międzyczasie było
wejście na Wyspy Kanaryjskie, lub do innego portu. Choć zdarzało
się, przy bardziej lękliwym kapitanie, że statek szedł do kraju,
czy na łowisko bez przystanku w jakimś porcie. Był to wynik
nacisku armatora, który w celu minimalizacji
kosztów
rejsu zwykle odmawiał zawinięcia rekreacyjnego. Załogi chwytały
się różnych sposobów, często nielegalnych, jak
drobne „nibyawarie” uniemożliwiające dalszą
podróż,
czy spuszczanie wody pitnej ze zbiorników. Zwykle takie
„cuda”
zdarzały sie w okolicy Kanarów.
Kiedy
już po
około 14 dniach żeglugi, jeśli pogoda sprzyjała, docieraliśmy w
rejon połowów, w nocy nie sposób było go
przeoczyć.
Już nad horyzontem, na morzu jaśniała wielka łuna, niczym całkiem
spore miasto. Wraz z upływem mil pojawiały się statki, z
włączonymi lampami, tzw. „girlandami”, one to
właśnie
emitowały tak potężne ilości światła, szczególnie
widoczne przy pochmurnym niebie.
Brałem
udział w rejsie na „Gople”, które było
statkiem szczególnym,
przebudowanym w bardzo specyficzny sposób. W połowie lat
osiemdziesiątych, „Odra” zdecydowała się
spróbować
innej metody połowów kalmara, z powodzeniem stosowanej przez
Japończyków. Chodziło o połowy illexa w wodach poza
szelfem, przy pomocy narzędzi penetrujących ogromne przestrzenie
wody, a więc sieciami pływającymi, tzw. pławnicami. Statek został
wyposażony w najnowocześniejszą na owe czasy aparaturę
nawigacyjną, łowczą i komunikacyjną we flocie. Wbudowano mu w
dziób ster strumieniowy, a na pokładzie windy hydrauliczne,
ale pozostawiono całe wyposażenie do połowów kalmara na
jigi. Dzięki temu właśnie pojawiliśmy się w sezonie kalmarowym
(zdaje sie ze był to rok 88), w okolicach Falklandów.
Dopłynęliśmy
na
łowisko w nocy, naszym oczom ukazał się widok zapierający dech w
piersi. Jak okiem sięgnąć statki z zapalonymi milionami
watów,
emitującymi w atramentową przestrzeń miliardy luxów białego
w różnych odcieniach światła, których łuna była
widoczna nad horyzontem na wiele godzin, przed dopłynięciem na
miejsce....
„Gopło”
zajęło pozycję połowową i rozpoczęły się manewry stawania na
dryfkotwie. Żeby skutecznie łowić na wędy, statek musi stać
nieruchomo w stosunku do masy wody, czyli nie może dać się
popychać wiatrowi. Dlatego z dziobu ustawia się dryfkotwę,
urządzenie do złudzenia przypominające olbrzymi desantowy
spadochron, różniący sie jedynie tym, że prawdziwy otwiera
sią pod naporem powietrza, a dryfkotwa pod naporem wody. Trzeba
sporych umiejętności załogi i kapitana, żeby ten wielki parasol
rozpostarł się w wodzie tak, by pchany przez wiatr statek, cofając
się, naprężył wszystkie liny dryfkotwy jednocześnie, a czasza
zapracowała niczym olbrzymia oceaniczna kotwica. Dzięki temu statek
tkwi praktycznie w miejscu ( w stosunku do masy wody oczywiście),
prócz tego dla utrzymania go w linii wiatru, na rufie
stawiany
jest spory, czworokątny żagiel. Kiedy jednostka popychana
podmuchami wiatru próbuje przesunąć się pod jakimś kątem
do wiatru, ten napierając na żagiel, powoduje powrót jej do
poprzedniej pozycji.
Windy
pochowane do
ładowni na czas rejsu, już od równika były przeglądane,
konserwowane i montowane na burtach, podobnie jak girlandy. Toteż
kiedy tylko maszyna zamilkła, statek ułożył się w spokojny dryf
, światła zapłonęły całą mocą zalewajac statek i ocean wokół
niesamowitym blaskiem. Windy kalmarowe ruszyły natychmiast,
klekocząc rozpoczęły swoją żmudną pracę. Wśród załogi
zapanowało lekkie podniecenie. Jak będzie? Pójdzie od razu,
czy trzeba zmieniać miejsce postoju? Echosonda wykazywała jakieś
skupienia, a ze statków stojących opodal dochodziły wieści
że kalmar jest... No, zobaczymy...
Jak
wszyscy
wpatrywałem się w zielonkawo rozświetloną wodę, w pewnej chwili
spod cienia statku wyprysnął w kierunku wynurzających się
jigów
brązowy, cygarowaty kształt, jest! Na moich oczach, tuż pod
powierzchnią pierwszy kalmar zaczepił się o powracającego na
pokład jiga. Bluznął czarną plamą atramentu i już wędrował ku
górze wijąc konwulsyjnie mackami i strzelając z syfonu
(odrzutowego pędnika) wodą wokół. No i zaczęło się,
naraz na wszystkich windach pojawiły się te niezwykłe zwierzęta,
spadając na pokład z głośnym plasknięciem. Za pierwszym pojawiły
sie następne... Plask!, Plask! Plask! Coraz szybciej i szybciej...
Spadały na pokład strzykając w odruchu obronnym tuszem.
Wśród
załogi zapanowało radosne podniecenie. Starzy wyjadacze od razu
zabrali się do pracy, chłopaki, którzy jedynie słyszeli o
tych dziwnych zwierzętach z ciekawością oglądali dorodne Illexy. Ja
także przyjrzałem się pierwszej zdobyczy, około 40 cm długości
płaszcz, przez który spazmatycznie przebiegały
różne
układy pigmentowych plamek, dając całą gamę niesamowitych
układów barwnych-przysłowiowy kameleon ze swoimi
zdolnościami zmiany ubarwienia w zestawieniu z kalmarem to jakieś
nieporozumienie po prostu- duże oczy i ruchliwe, spazmatycznie
wijące się macki. Często przysysały się do gumowych butów
marynarzy, trzeba było szybko je odrywać, by kalmar nie użył
swego papuziego dzioba, dziurawiąc gumowca...Powoli pokład i
pracujący na nim ludzie pokrywali się czarną mazią. Nie darmo
kalmary nazywane są także kałamarnicami. Trzeba było co jakiś
czas spłukiwać się wężem podającym wodę zza burty.
Spadające
głowonogi natychmiast patroszono na specjalnych przyrządach. Były
to urządzenia w kształcie długiej, prostej łyżki do butów,
wykonane ze stali nierdzewnej, przytwierdzone pionowo pod kątem do
stołu. Dzięki nim oddzielenie płaszcza kalmara od wnętrzności i
głowy było czynnością dość prostą, trwająca przy pewnej
wprawie 3-4 sekundy. Po oddzieleniu mięsiste płaszcze wędrowały
do zamrażalni, reszta, z powodu braku możliwości zagospodarowania
na tak małym statku, wracała do morza. Czyste, mięsiste płaszcze
trafiały przez zsyp do zamrażalni. Tutaj jeszcze raz płukane
układano w aluminiowych tacach po 10 kg, tace te wkładano do szafy
zamrażalniczej, która w ciągu półtorej godziny
zamrażała około tony surowca do temperatury -20 stopni. Następnym
krokiem było wybijanie zamrożonego bloku z tac, wkładanie ich po 3
sztuki w karton, oklejanie go taśmą i na koniec, wędrował on
przez ześlizg do ładowni, gdzie jeden z rybaków układał
ładunek zgodnie ze sztuka sztauowania. Nie było to zadanie proste,
chodziło o równe i stabilne (na wypadek sztormu) rozkładanie
kartonów, a jednocześnie w taki sposób, by
zmieścić
ich jak najwięcej. Dodatkowa komplikację stwarzały połowy kilku
asortymentowe, wówczas jeszcze należało towar układać
zgodnie z zawartością pudeł. Dlatego też pracę tę wykonywali
najbardziej doświadczeni rybacy.
Wyprawy
kalmarowe na jeziorkach i B-23 miały tę zaletę, że wracało się statkiem
do domu, dlatego też jednostki te miały najczęściej stałe
załogi,
trzymające się ich latami. Stwarzało to na ich pokładach rodzinną
atmosferę i przyjazne warunki pracy, a i statki ulegały wolniejszej
degradacji niż te, na których załogi wymieniano drogą
lotniczą...
|