|
Kłopot
z Jasiem
Jasiu, który „przypadkiem”przechodził złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę, tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło...
Mając w pamięci udręki towarzyszące wyprawie autobusami na warszawskie lotnisko, szarpanie się z worami rybackimi i innym bagażem, tłok i zwykle kiepską organizację na Okęciu, postanowiliśmy dokonać wyłomu, w tradycyjnym sposobem ekspediowania załóg w Odrze. Na zebraniu zapytałem kierownika działu załogowego, czy nie można by nas przetransportować autokarami od razu na lotnisko w Kopenhadze, jak to robi PŻM, czy Dalmor, dokąd i tak zostaniemy przewiezieni Lotem. Przecież ze Świnoujścia to tylko kilka godzin, na pewno taniej i szybciej. A wory można wysłać bagażem bezpośrednio na statek. Wywiązała się ostra dyskusja, która niestety nic nie zmieniła. Za to podczas wizyty u głównego Technologa Wróbel spoglądając zaniepokojony znad okularów spytał: -Wojtek, a co ttttty tam podskakiwałeś zzzałogowemu nnnna zebraniu? -Jako delegat załogowy mam obowiązek bronić naszych praw, no nie? -Aaaa, skoro jejesteś delegatem tttto niech się ze swoimi pretensjami w ddddupę pocałują! -Wróbel jak zwykle lekko zacinając się nie przebierał w słowach. Chcąc nie
chcąc przetarabaniliśmy
się autobusami na Okęcie, gdzie po dość długim oczekiwaniu udało nam
się
w końcu „zakwaterować” na pokładzie turbośmigłowego
Iła.
Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Do samolotu wsiadło kilkoro
turystów o europejskim wyglądzie, głównie
Skandynawów
i grupa kobiet hinduskich w tradycyjnych strojach. Tu
oczywiście powitaliśmy swoje
skarby pozamykane w marynarskich worach i niczym zawodowi tragarze
podążyliśmy labiryntem korytarzy i ruchomych chodników w
pobliże stanowiska odlotu naszego jambo jeta do Montrealu. Przelot do Montrealu wielkim niebieskobiałym jabmo KLM, to była sama przyjemność. Obszerne, klimatyzowane, wyciszone wnętrze boeninga, to w porównaniu z naszym Iłem zupełnie inna dużo, duuużo wyższa półka. W Montrealu przyjemności się skończyły, dostaliśmy się w obroty machiny kanadyjskiej immigration, przesłuchiwania, odciski palców, sprawdzanie dokumentów trwało wieczność. W końcu jednak pozwolono nam na wjazd do kraju syropu klonowego. W środku nocy zameldowano nas w lotniskowym hotelu, warunki oczywiście wspaniałe. Jak Odrze opłaciło się tak kosztowne transportowanie ludzi, do dzisiaj nie rozumiem... W południe
mieliśmy kolejny odcinek
lotu, w poprzek kontynentu do Vancouver.tuz przed wyjazdem
z hotelu nie można
było doliczyć się jednego z marynarzy, Jasia, duży chłop więc
nie sposób było przeoczyć, jednak mimo starań służby
hotelowej i ochrony, nie można było go zlokalizować. Na statek dotarliśmy późnym wieczorem, nasze stare kochane „Gopełko” czekało przy kei "cukrowej", szybko przyjąłem swój sprzęt od zmiennika, wypiliśmy po piwie i trzeba było się żegnać. Chłopaki byli dość zmęczeni rejsem, choć nie mogli narzekać na brak rozrywki. Wchodzili do Meksyku po wodę i zaliczyli pożar na szalupowym, ponoć podczas spawania ogień cofnął się wężem do butli stojących przy kominie. Nie zadroszczę! Cały czas
jednak wisiało nad nami
pytanie: Co z Jasiem? Hipotezy były różne, a to że zakochał
się, a to że wybrał w Kanadzie wolność, a to że się schlał
zwyczajnie jak świnia i leży gdzieś pod czyimś łóżkiem.
Ta ostatnia zresztą wydawała się najbardziej prawdopodobna. Agent
obiecywał, że go odnajdą i przetransportują na statek, prędzej
czy później. Stary zaś obiecywał mu różne
przyjemności jakie mu zgotuje na powitanie: No i
drugiego czy trzeciego dnia Jasi
pojawił się na pokładzie! Skruszony ale uśmiechnięty... widać
kac przeszedł w międzyczasie. Ale to nie koniec, nad Jasiową głową zawisły chmury... A nie był to zły chłop, w morzu to był złoty człowiek, wspaniały kolega, niezrównany pracownik, jedynie na lądzie jakoś się gubił, nie dawał sobie rady z lądowym życiem, nie on jeden przecież... mając takie argumenty przystąpiłem do szturmu na Starego. Delegatem zostałem jeszcze podczas pierwszego zwiadu, a że nie bałem sie stawać w obronie załogi( zresztą nie było znowu tak wiele okazji-na Gople była dobra załoga i nie najgorszy Stary), zostałem nim do końca. Tak więc
chciał nie chciał, ruszyłem
do boju. Stary przyjął nas, Pierwszego i mnie w saloniku,
poczęstował odrobiną szlachetnego zabarwionego słońcem trunku,
westchnął głęboko i rozpoczął swoje przemówienie. Ku
naszemu zdziwieniu rozpoczął od zasług „tego
skurczybyka”... Kiedy
Jasiu przesłonił swoim wielkim
cielskiem wejście do saloniku z tą swoją skruszoną miną, kiedy
zaczął: -Kapitańciu kochany, ja ... ja...- Stary stopniał
całkowicie, w końcu przepływali razem kupę lat i to on go znał
najlepiej i najbardziej cenił na pokładzie właśnie Jasia. |
| W.S. |
| home home old |