Kłopot z Jasiem
czyli podróżne peregrynacje


Jasiu, który „przypadkiem”przechodził złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę, tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło...


Mając w pamięci udręki towarzyszące wyprawie autobusami na warszawskie lotnisko, szarpanie się z worami rybackimi i innym bagażem, tłok i zwykle kiepską organizację na Okęciu, postanowiliśmy dokonać wyłomu, w tradycyjnym sposobem ekspediowania załóg w Odrze. Na zebraniu zapytałem kierownika działu załogowego, czy nie można by nas przetransportować autokarami od razu na lotnisko w Kopenhadze, jak to robi PŻM, czy Dalmor, dokąd i tak zostaniemy przewiezieni Lotem. Przecież ze Świnoujścia to tylko kilka godzin, na pewno taniej i szybciej. A wory można wysłać bagażem bezpośrednio na statek. Wywiązała się ostra dyskusja, która niestety nic nie zmieniła. Za to podczas wizyty u głównego Technologa Wróbel spoglądając zaniepokojony znad okularów spytał:

-Wojtek, a co ttttty tam podskakiwałeś zzzałogowemu nnnna zebraniu?

-Jako delegat załogowy mam obowiązek bronić naszych praw, no nie?

-Aaaa, skoro jejesteś delegatem tttto niech się ze swoimi pretensjami w ddddupę pocałują! -Wróbel jak zwykle lekko zacinając się nie przebierał w słowach.

Chcąc nie chcąc przetarabaniliśmy się autobusami na Okęcie, gdzie po dość długim oczekiwaniu udało nam się w końcu „zakwaterować” na pokładzie turbośmigłowego Iła. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Do samolotu wsiadło kilkoro turystów o europejskim wyglądzie, głównie Skandynawów i grupa kobiet hinduskich w tradycyjnych strojach.
Kiedy już wszyscy jakoś
się umościli, pilot włączył silniki. Mało kto był przygotowany na takie doznania. Turbiny zawyły ogłuszając nas na wstępie i wprowadzając samolot w dziwaczne wibracje, co mimo zapewnień kapitana, ze jest to najbezpieczniejszy samolot na świecie, spowodowało spore zaniepokojenie wśród podróżnych.
Gdy już znaleźliśmy się w powietrzu, stewardesy natychmiast przystąpiły do roznoszenia "uspokajaczy" po które wszyscy chłopcy skwapliwie sięgali. Samolot wznosił sie w górę powolnym kręgiem, pokazując spod skrzydła rozległy pejzaż stolicy. Jednak niewielu miało ochotę spoglądać przez bulaj w dół.
Kiedy zapaliły sie światełka pozwalające na odpięcie pasów, w wąskim przejściu między siedzeniami nagle pojawiła się starsza hinduska. Uklękła na środku, tarasując przejście, i bijąc pokłony modliła się dramatycznie do Allaha, jak się domyślałem, o ocalenie życia.
Sytuacja ta trochę zdeprymowała stewardessy, ponieważ nie miały możliwości przejścia, nie mówiąc o przeprzchnięciu wózka z napojami. Prośby i perswazje, tak ze strony personelu jak współtowarzyszek nie przyniosły rezultatu. Rozpaczliwe błagania płynęły z ust klęczącej na środku samolotu kobiety do samej Kopenhagi. Jednak dwugodzinny przelot, mimo sensacji zakończył się w szczęśliwie.

Tu oczywiście powitaliśmy swoje skarby pozamykane w marynarskich worach i niczym zawodowi tragarze podążyliśmy labiryntem korytarzy i ruchomych chodników w pobliże stanowiska odlotu naszego jambo jeta do Montrealu.
Wszystko byłoby miło i sympatycznie, gdyby nie nagła akcja oddziału antyterrorystycznego, (czarno ubrani faceci w kominiarkach z uzi w dłoniach) który wpadł do sali wrzeszcząc -out!, out!, out!- i popychając pasażerów na korytarz. Sprawni byli, nie ma co, opróżnili salę z trzech setek ludzi w kilka minut. Błyskawicznie, sam nie wiem jak mój 40 kilowy worek wyfrunął razem z resztą bagażu na zewnątrz, nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy. Po sprawdzeniu koszy na śmieci i innych potencjalnych bombowych kryjówek, wpuszczono nas kolejno do samolotu, troskliwie prześwietlając każdą sztukę bagażu i każdego człowieka.

Przelot do Montrealu wielkim niebieskobiałym jabmo KLM, to była sama przyjemność. Obszerne, klimatyzowane, wyciszone wnętrze boeninga, to w porównaniu z naszym Iłem zupełnie inna dużo, duuużo wyższa półka. W Montrealu przyjemności się skończyły, dostaliśmy się w obroty machiny kanadyjskiej immigration, przesłuchiwania, odciski palców, sprawdzanie dokumentów trwało wieczność. W końcu jednak pozwolono nam na wjazd do kraju syropu klonowego. W środku nocy zameldowano nas w lotniskowym hotelu, warunki oczywiście wspaniałe. Jak Odrze opłaciło się tak kosztowne transportowanie ludzi, do dzisiaj nie rozumiem...

W południe mieliśmy kolejny odcinek lotu, w poprzek kontynentu do Vancouver.tuz przed wyjazdem z hotelu nie można było doliczyć się jednego z marynarzy, Jasia, duży chłop więc nie sposób było przeoczyć, jednak mimo starań służby hotelowej i ochrony, nie można było go zlokalizować.
Chciał nie chciał, trzeba było jechać, z nosami na kwintę udaliśmy sie znowu na lotnisko.
Lot Boeningiem 737 był równie komfortowy, a widoki przy bezchmurnym niebie oszałamiające, lecieliśmy praktycznie wzdłuż granicy amerykańsko kanadyjskiej, a więc z możliwością obejrzenia Wielkich Jezior, ogromnych połaci rolniczo leśnych i w końcu Gór Skalistych.

Na statek dotarliśmy późnym wieczorem, nasze stare kochane „Gopełko” czekało przy kei "cukrowej", szybko przyjąłem swój sprzęt od zmiennika, wypiliśmy po piwie i trzeba było się żegnać. Chłopaki byli dość zmęczeni rejsem, choć nie mogli narzekać na brak rozrywki. Wchodzili do Meksyku po wodę i zaliczyli pożar na szalupowym, ponoć podczas spawania ogień cofnął się wężem do butli stojących przy kominie. Nie zadroszczę!

Cały czas jednak wisiało nad nami pytanie: Co z Jasiem? Hipotezy były różne, a to że zakochał się, a to że wybrał w Kanadzie wolność, a to że się schlał zwyczajnie jak świnia i leży gdzieś pod czyimś łóżkiem. Ta ostatnia zresztą wydawała się najbardziej prawdopodobna. Agent obiecywał, że go odnajdą i przetransportują na statek, prędzej czy później. Stary zaś obiecywał mu różne przyjemności jakie mu zgotuje na powitanie:
-niech tylko się pokaże na statku, już ja mu dam!, do kraju odeślę! Naganę taką mu wlepię, że z firmy wyleci na kopach!

No i drugiego czy trzeciego dnia Jasi pojawił się na pokładzie! Skruszony ale uśmiechnięty... widać kac przeszedł w międzyczasie.
Jak się okazało w hotelu było wesele, a Jasiu, który „przypadkiem”przechodził złożywszy pannie młodej szarmanckie życzenia (oczywiście po polsku) uwiódł ją zamaszystym pocałunkiem w rękę tak, że został „wciągnięty, na siłę, jak Boga kocham!”-tu Jasiu walił się w szeroką pierś piąchą, aż się echo po kei rozchodziło... No i oczywiście musiał tym „wypierdkom glancowanym, lalusiom we frakach” pokazać jak się w polskiej flocie pije. Kiedy się obudził po weselu śladu nie było, a nad nim stał gościu z giwerą, a drugi za ramiona spod stołu wyciągał... No i tyle całej Jasiowej przygody było.

Ale to nie koniec, nad Jasiową głową zawisły chmury... A nie był to zły chłop, w morzu to był złoty człowiek, wspaniały kolega, niezrównany pracownik, jedynie na lądzie jakoś się gubił, nie dawał sobie rady z lądowym życiem, nie on jeden przecież... mając takie argumenty przystąpiłem do szturmu na Starego. Delegatem zostałem jeszcze podczas pierwszego zwiadu, a że nie bałem sie stawać w obronie załogi( zresztą nie było znowu tak wiele okazji-na Gople była dobra załoga i nie najgorszy Stary), zostałem nim do końca.

Tak więc chciał nie chciał, ruszyłem do boju. Stary przyjął nas, Pierwszego i mnie w saloniku, poczęstował odrobiną szlachetnego zabarwionego słońcem trunku, westchnął głęboko i rozpoczął swoje przemówienie. Ku naszemu zdziwieniu rozpoczął od zasług „tego skurczybyka”...
-noooo-pomyślałem sobie- może nie będzie tak źle... Kiedy doszło do konkretów stary wyłuszczył kilka opcji, natychmiastową wysyłkę do kraju na jego koszt, naganę z wpisaniem do akt, z pozostawieniem go na statku, obciążenie kosztami przelotu, agenta, poszukiwań itd...
Pociągnęliśmy kolejny łyczek przetrawiając wystąpienie, rozważywszy szanse i to, że staremu złość już jednak przeszła zaproponowałem wyjście następujące:
Jasiu zapłaci za szkody, kapitan przywali mu „żagla” najgorszego kalibru, ale w „zawiasach”, jak chłopina do końca rejsu nie nawali to nagana ulegnie zamazaniu.
Stary długo przeżuwał propozycję, polał jeszcze po łyczku słońca do szkieł, podumał, posapał, wreszcie powiedział -no dobra, dawajcie tu tego obwiesia!

Kiedy Jasiu przesłonił swoim wielkim cielskiem wejście do saloniku z tą swoją skruszoną miną, kiedy zaczął: -Kapitańciu kochany, ja ... ja...- Stary stopniał całkowicie, w końcu przepływali razem kupę lat i to on go znał najlepiej i najbardziej cenił na pokładzie właśnie Jasia.
Cała afera skończyła się zgodnie z propozycją, a Jasiu jak zwykle szalał na pokładzie cały rejs wykonując często prace za dwóch i trzech rybaków na raz...

W.S.
home
home old