|
Pilot
-Panie kapitanie- as nie ustępował- płyniemy pod prąd, lewą stroną toru!
Piloci bywają różni, najczęściej są to byli kapitanowie, oficerowie floty handlowej czy wojennej, teraz w roli „przechodniego kapitana”. Czasami są to oficjalni urzędnicy zachowujący dystans do załogi, czasami to przemili ludzie, chętnie sypiący dowcipami i miejscowymi anegdotami. Zwykle jednak się śpieszą, do domu, na party, do wnuków, na inny statek. Któregoś razu z Vancouver wyprowadzał nas pilot Polak z pochodzenia, ze „starej”, powojennej emigracji. Niewysoki, o siwych włosach, energiczny mężczyzna, który od razy zaznaczył że będziemy się spieszyć bo samolot do domu z Victorii (wyspa i miasto u wejścia do zatoki) ma za 4 godziny i musi na niego zdążyć. Malutki ale silny i nieprawdopodobnie szybki holowniczek wyciągnął a właściwie wyszarpnął „Gopło” z pod Sugar Key. Oddał nam cumę i już lecieliśmy full ahead, nie wiadomo kiedy przemknęliśmy pod mostem łączącym Stanley Island z Nord Vancouver. Na nieśmiałą uwagę kapitana, że jak na port to chyba trochę za szybko płyniemy, pilot z szerokim uśmiechem tylko wzruszył ramionami. Na zatoce nie wiało, w lustrzanej powierzchni odbijały się poszarpane szczyty Gór Skalistych. Żal było zostawiać to przepiękne miejsce, ale co zrobić, a pilot się śpieszył, ścinał łuki toru, wydawał komendy na ster oparłszy się o rączki telegrafu maszynowego dociskając je w dół, jakby to mogło cokolwiek przyspieszyć. W nawigacyjnej as sczytując z GPS pozycje, nanosił je co kilka minut na mapę. Kiedy już podchodziliśmy do przesmyku między dwiema wysepkami, gdzie zmieniało się kurs dwa razy o blisko 90 st. asystent, Krzysiek, młody chłopak po świnoujskim technikum, szepnął Staremu do ucha: -Panie kapitanie idziemy pod prąd! -Taaa, widocznie akurat idzie przypływ, choroba, trochę to nas zwolni, pilot chyba się spóźni na ten swój samolocik- złośliwa satysfakcja w głosie starego była wynikiem stwierdzenia , ze „nasz” pilot większe jachty wyprowadzał z Vancouver niż ten nasz „stateczek”. -Panie kapitanie- as nie ustępował- płyniemy pod prąd, lewą stroną toru! Stary natychmiast skoczył do pilota. -Panie pilocie, z naszych namiarów wynika że płyniemy lewą stroną toru! Na potwierdzenie z UKF-ki doszedł głos dyspozytora portu-nakazujący natychmiast zmienić kurs. -Panie kapitanie-rzekła na to z całym spokojem „nasz pilocik”- te wszystkie znaki, te tooory, te booje- zabrzmiało z lekka pogardliwie- to dla nowicjuszy, obcych, ja tu znam każdą skałkę, ba!, każdy kamień! My staaarzy piloci zawsze prowadzimy po swojemu, niech się pan nie martwi kapitanie, a po za tym – spojrzał nerwowo na zegarek- spieszę się, mówiłem przecież Szczęśliwie jednak -mimo kilkakrotnych upomnień z kapitanatu- dopłynęliśmy do Victorii, zdaliśmy „naszego pilocika” na motorówkę, stary starł po raz ostatni krople potu z czoła i życie na mostku wróciło do normy.
|
| W.S. |
| home home old |