"Pod przykrywką"

...Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe...

„Gopło” zostało wysłane na Pacyfik w celu sprawdzenia możliwości połowowych pławnic. Narzędzia te od pewnego czasu stosowane były przez Japończyków na otwartym oceanie do połowu tuńczyków i kalmarów. Za ich stosowaniem przemawiało kilka istotnych argumentów, stosunkowo niskie koszty połowów, tak jeśli chodzi o eksploatację statku, jak ceny narzędzi połowowych ( w stosunku do trału pelagicznego) duży obszar penetracji otwartego oceanu ( a więc poza strefami ekonomicznymi państw nadbrzeżnych). Przeciwko jednak przemawiał fakt wpadania w sieci ptaków i ssaków morskich. Oczywiście dla naszego armatora nie stanowiło to problemu, jednak Kanada i USA nie wpuszczały do swoich portów statków łowiących pławnicami.

Dla nas stanowiło to pewien kłopot, ponieważ Vancouver był dla naszej północnopacyficznej floty portem bazowym, więc i my mieliśmy z niego korzystać. Stanęło na tym, że mieliśmy oszukiwać władze portowe, przed wejściem do portu sieci wędrowały do ładowni, natomiast na burty montowaliśmy windy kalmarowe, udając w porcie statek jiggersowy.

Udawało się to przez półtora roku pobytu statku na zwiadzie pacyficznym. Jeśli chodzi o faktyczne przypadki wpadania w sieci ptaków i uchatek, to nie ma co udawać, były, ale same ptaki: petrele, albatrosy, burzyki, nawałniki i inne. Dbaliśmy jednak o to by jeśli były żywe (a najczęściej były, bo zaplątywały się przy górnej krawędzi sieci, na powierzchni) uwolnić je ostrożnie i wypuścić na wolność. Te które były osłabione lub przemoczone miały „kwaterę” na dziobie gdzie nabierały sił przed uwolnieniem.

Któregoś pięknego, słonecznego dnia, kiedy wybieraliśmy pławnice w odległości jakiś 500 mil od Filipin na niebie pojawił się potężny czterosilnikowy Hercules amerykańskiego Coast Guard'u. Nadleciał od rufy na niskim pułapie, w otwartym włazie jeden z pilotów celował w nas aparatem z długim teleobiektywem. Widziałem go wyraźnie, ponieważ gdy zawrócił by wykonać kolejny przelot, miałem już w rękach swojego ricocha z podpiętą dwusetką i „w ramach rewanżu”, także zrobiłem im kilka fotek. Samolot wykonał w sumie trzy przeloty wszystko dokładnie fotografując. Kapitan miał wyjątkowo kwaśną minę. „Nalot” był przyłapaniem na gorącym uczynku. Jak się wkrótce okazało, do Kanady mieliśmy już wstęp zamknięty. Szczęściem był to koniec rejsu, więc tylko pobraliśmy zaopatrzenie na powrót do domu z bazy „Pomorze” i ruszyliśmy na południe, do Kanału Panamskiego.

W.S.
home
home old