|
Ptaki
Wystarczyło pozostawić beczkę śledzia bez przykrycia na pokładzie, a 100 kg zawartość znikała w kilkanaście minut w ptasim kłębowisku.
Z ptakami na statkach bywa różnie. Czasami są chętnie witanymi gośćmi, kiedy to zmęczone długim lotem opadają na pokład by nabrać sił, czasami bywają jednak natrętami, którzy kradną rybę i szkodzą. Ta druga sytuacja miała miejsce w portach Szkocji, gdzie skupowaliśmy śledzia i makrelę ze szkockich sejnerów. Kiedy
statek łowczy stojąc
przy naszej burcie podawał w worach z sieci kolejne porcję ryby, w
powietrzu gęsto było od kotłujących się mew, które spod
rąk rybaków porywały śledzie i makrele, czasem tak duże,
że nie mieściły się im w gardłach. Latały wówczas z
wystającym z szeroko rozwartego dzioba rybim ogonem. Podczas połowów na pełnym oceanie miewaliśmy zgoła inne przypadki spotkań z ptakami. Na Falklandach śnieżny szkwał cisnął na nasz pokład całą grupę albatrosów czarnobrwistych. Niektóre z nich zjechały z sypaną akurat rybą do zbiorników w przetwórni, gdzie mieliśmy nielichy kłopot z ich wydostaniem. Zwłaszcza, że te wielkie ptaszyska nie pałały ciepłymi uczuciami do rybaków spieszących im z pomocą. Trzeba było grubych rękawic i kufajki, żeby wyjść z tej próby bez szwanku. Albatrosy nie potrafiły wystartować z pokładu, mają zbyt słabe i krótkie nogi by wybić się w powietrze, trzeba było je podrzucać, lub stawiać na burcie. Innego razu, na łowisku w okolicach Falkalndów na nasz pokład zawitała biała czapelka, mieszkaniec tropików. Jakieś wiatry przyniosły ją aż tu. Nie pobyła zbyt długo, po dobie odpoczynku i podreperowania sił podrzucaną przez rybaków rybą, poderwała się i odleciała w niewiadomym kierunku. Na Gople, podczas pacyficznego zwiadu mieliśmy często pierzastych gości, najczęściej dostawały się nasz pokład w sposób przymusowy, zaplątane w sieci. Miały na dziobie przygotowany kojec, gdzie dochodziły do siebie i później były wypuszczane na wolność. Kojec był koniecznością, bo wyplątane z sieci chodziły nam pod nogami po całym pokładzie, przeszkadzając w pracy. Zwykle były to duże petrele, albatrosy, czasami malutkie nawałniki zwykle niczym jaskółki przemykające między grzbietami oceanicznych fal. Te drobiazgi były hołubione w kabinach, gdzie obsychały, by później wrócić do swego środowiska. Bardzo humorystyczną wizytę mieliśmy na pokładzie, kiedy to w średniej siły sztormie szliśmy na kolejną pozycję, na pokładzie wylądowała siewka. Niewielki ptak, wielkości mewy śmieszki, o niezwykłej biologii. Są to ptaki, które pokonują największe przestrzenie w swoich sezonowych wędrówkach, otóż rozmnażają się w okolicach Arktyki i gdy tylko pisklęta wydorośleją na tyle by podjąć trud przelotu wędrują na drugi koniec globu w okolice Antarktyki. Owa siewka zajęła miejsce tuż pod mostkiem, mniej więcej w osi statku, tak że mogłem ją z góry obserwować jak niczym stary marynarz, wtulając głowę między ramiona, z rękami w kieszeniach stoi balansując ciałem zgodnie z przechyłami statku. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałem, patrząc na tego niewielkiego ptaszka z łepkiem wtulonym między skrzydła, który rzeczywiście balansował ciałem równoważąc przechyły pokładu. Jednak wszystkie wizyty pobił KUBA, nasz „pupil”, który towarzyszył nam ponad 10 dni, ale o nim w osobnym opowiadanku...za czas jakiś...
|
| W.S. |
| home home old |