U-boot

...ze zdumieniem zauważył Andrzeja walącego tym swoim defiladowym krokiem wprost na trap stojącego obok naszego trawlera chilijskiego okrętu podwodnego...

Wymianę załogi w Chile traktowałem jako wielka przygodę. Przelot samolotem z Buenos Aires przez Andy, wielki boeing lawirował miedzy szczytami odsłaniając zapierające dech w piersi widoki na ośnieżone szczyty. Pamięć przywoływała heroiczne historie pionierów poczty lotniczej, których porywająco opisuje Sain Exupery.

Przed wyjazdem kierownik działu załogowego ostrzegał by „nie wychylać się” w porcie, bo państwem rządzi krwiożercza, nienawidząca nas (czy. demoludów) junta wojskowa Pinocheta.

Rzeczywiście Talcahuano jak na miasto portowe wyglądało nieco dziwnie. W oczy rzucała się dysproporcja między ilością kobiet i mężczyzn, z przewaga płci pięknej oczywiście, przy czym panie rzeczywiście wyjątkowo urodziwe. Natomiast czuło się smutek, czuło sie że tych ludzi ktoś trzyma bardzo krótko.

Oczywiście próbowaliśmy sprzedać nasze „towary exportowe”, zwykle transakcje odbywały sie w jakimś dziwnym miejscu z dala od ludzkich oczu, przy wyraźnych oznakach zdenerwowania miejscowego „biznesmena”.

Nie wszyscy z nas wzięli sobie do serca ostrzeżenia. Na stojącym w doku stoczni „Otolu” jednym z mistrzów przetwórni był Andrzej, człowiek o aparycji Gary Coopera, wysoki, szczupły o przystojnej twarzy, nad którą królowała srebrzysta zaczesana na bok grzywa włosów. Andrzej władał doskonale niemieckim i hiszpańskim. Chodził zawsze wyprostowany (niezależnie od procentowej zawartości alkoholu w krwi) wojskowym, mocnym krokiem. Któregoś popołudnia wachtowy na Otolu ze zdumieniem zauważył Andrzeja walącego tym swoim defiladowym krokiem wprost na trap stojącego obok naszego trawlera chilijskiego okrętu podwodnego. Zdecydowanym ruchem wyrzucił ramie w salucie wartownikowi, który najwyraźniej zgłupiał, wyprężył się jednak jak struna i... wpuścił go na okręt. Tam kolejny wachtowy postawiony przez Andrzeja na baczność zameldował i puścił się biegiem do kiosku podwodniaka, po chwili wyszli zeń dwaj oficerowie, panowie wymienili saluty, Andrzej krótkimi zdaniami coś pogadał i razem weszli do środka. Napięcie na naszym statku rosło wraz z wydłużającym się czasem nieobecności majstra. Po dobrej godzinie jednak pokazał się z powrotem w asyście chilijskich oficerów. Znowu saluty, prężenie postaw, w tył zwrot i nasz Andrzej dziarskim, wyciągniętym krokiem zszedł z pokładu. Oczywiście pomaszerował z powrotem do miasta... Wieczorem, kiedy już znalazł się na pokładzie nie bardzo chciał opowiadać, co też tam się działo, co prawda nie bardzo też i mógł... Na drugi dzień, kiedy już mógł w miarę sprawnie się komunikować, stwierdził, że jako były oficer niemieckiego U-boota wizytował zaprzyjaźniony okręt podwodny. 

-Panowie, jak tam jest q..sko ciasno! To ja już wolę moją przetwórnię!

W.S.
home
home_old