Żółwie



Lądowanie w Goleniowie, podczas powrotu po 180 dniach w morzu do domu miało zawsze specyficzny ładunek emocji. Zwykle w budynku lotniska niezależnie od pory przylotu oczekiwały nas rodziny. Każdy chciał jak najszybciej uściskać dzieciaki czy żonę, ale nie zawsze było to takie proste.


To był powrót z drugiego rejsu w okolice Falklandów. Wymiana została dokonana w Montevideo, bazowym porcie naszych flot rybackich operujących w tamtym rejonie. Jak prezenty wiozło się bliskim wówczas kożuchy, skóry. Jak każdy szanujący się rybak, także i ja dokonałem stosownych zakupów. Upchnąłem je w worku rybackim i żeby nie stracić nic z zawartości (np. podczas przesiadki w Buenos Aires) worek zamknąłem na przemyślnie zawiązany łańcuch. Dzieciom wiozłem jako pamiątkę malutkie żółwie malowane. Były tak maleńkie, że znakomicie mieściły się w mydelniczce, gdzie miały sporo miejsca do "biegania". Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że wwożąc je do kraju nie do końca jestem w porządku wobec przepisów celnych. Toteż od czasu do czasu niepokoiła mnie myśl o kwarantannach i innych tego typu przyjemnościach, jakie mogły mnie czekać w wypadku odkrycia „przemytu”. Zwierzakom zapewniłem podczas lotu dobre warunki, całą drogę przebyły w sporym, otwartym, plastikowym pudełku wyścielonym ligniną nasączoną wodą. Dodatkową atrakcją lotu były stewardesy, które zachwycały się maluchami i chętnie ofiarowywały pomoc w trosce o moich pupilów, budząc zazdrość u pozostałej części załogi. Żółwiki powędrowały do mydelniczki i do kieszeni spodni, dopiero po wylądowaniu w Goleniowie. Znaleźliśmy się tam późno w nocy, zmęczeni i zniecierpliwieni, zwłaszcza, że za szybami hallu czekały na nas równie zniecierpliwione rodziny.

Chciał nie chciał ustawiliśmy się w kolejce do odprawy celnej, trafiłem na umalowaną celniczkę, która choć oficjalna usiłowała nawet być miła. Po przepytaniu na okoliczność wwożonych towarów, zapragnęła obejrzeć kożuszek jaki przywiozłem dla dziecka. Problem pojawił sie w momencie, kiedy okazało się, że łańcuch jakim zamknąłem worek żeglarski okazał się zaciśnięty w sposób uniemożliwiający ręczne go otwarcie. Celniczka widząc „trudności obiektywne” zrezygnowała z zaspokojenia ciekawości, zamaszyście przybiła deklarację, życząc miłego wieczoru. Już się wydziałem w objęciach rodziny, kiedy poprosił mnie celnik z tzw. „czarnej brygady”.

-Proszę wsiąść bagaże do tej kabiny- wskazał znajdującą się obok kabinę z kotarą, a mnie przez mózg przeleciało straszne słowo KWARANTANNA i te cholerne żółwie tkwiące w kieszeni...

Tymczasem celnik zainteresował się zamkniętym na amen workiem.

-Proszę pokazać co pan ma w tym worku.

-Chętnie, już pańska koleżanka chciała do niego zajrzeć, ale nie udało mi sie go otworzyć, łańcuch się zacisnął, ale jak Pan potrafi to proszę spróbować- odparłem.

Celnik rzucił się na łańcuch usiłując poluzować ogniwa, to tak, to siak, a ja nie wiedziałem śmiać się czy wściekać, tuż obok czekała rodzina, a ja tkwiłem z tym dociekliwym człowieczkiem jak ofiara losu... W końcu jednak, przy użyciu jakiś kombinerek worek został otwarty, oczywiście nie było w nim nic, co byłoby niezgodne z deklaracją, co bardzo zirytowało „czarnego”, przepatrzył jeszcze pozostałe bagaże, także bez spodziewanego skutku. W końcu kazał mi opróżnić kieszenie, niczym jastrząb rzucił się na mydelniczkę z żółwiami

-Cholera-  pomyślałem- już po mnie! - ale celnik zrobił wielkie oczy widząc zwierzaki i wyraźnie stracił cierpliwość

-A gdzie zegarki!- krzyknął w rozterce. Przez chwilę nie zaskoczyłem o co mu chodzi, a kiedy dotarło do mnie, że wziął mnie za przemytnika zegarków puściły nerwy i roześmiałem się w głos.

-Panie, to chyba loty się panu pomyliły, jakie zegarki, my ryby łowiliśmy a nie zegarki...- celnik zmył się jak niepyszny zostawiając mi pakowanie, ale nie miałem pretensji, ważne że do żółwi się nie przyczepił.


W.S.
home
home old